środa, 19 lipca 2017

FRAGMENT "W SIECI UCZUĆ"

Gdy rano wstała, na stole miała już naszykowany zestaw kanapkowy wielkości XXL oraz termos z herbatą. Skrzywiła się na jego widok, bo stanowił ciekawy kontrast z tym, co od kilku tygodni widziała za oknem. Trzydziestostopniowe upały według jej matki w ogóle nie przeszkadzały w piciu gorącej herbaty. Dla świętego spokoju cały ekwipunek zapakowała do plecaka i zabrała się za jedzenie śniadania. Właśnie kończyła, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
— Otwarte! — krzyknęła, myjąc swój kubek.
— Gotowa? — spytała Piotr.

— Możemy wychodzić. — Założyła plecak i pokazała na stojącą przy drzwiach torbę.
— Kamila, aż tyle tego masz? — zaniepokoił się, widząc czarne monstrum naprężone do granic możliwości. — Mówiłem, żebyś wzięła najpotrzebniejsze rzeczy.
— I tak zrobiłam — stwierdziła i nie czekając na jego dalsze narzekania, wyszła na zewnątrz. — Piotr, a ty gdzie masz swoje rzeczy? — zdziwiła się, widząc niewielki plecak wraz z przytwierdzonym do niego namiotem i śpiworem.
— Tu. — Pokazał na swoje plecy. — Większość rzeczy włożyłem na siebie, żeby mieć lżej.

Przez chwilę patrzyła na niego, zaskoczona. Wcześniej tego nie dostrzegła, ale rzeczywiście miał na sobie długie dresowe spodnie, kolorową koszulkę, a wokół bioder majtała się kurtka nieprzemakalna.
— Dasz radę w tym wszystkim dojechać? — zapytała ostrożnie.
— Muszę! — podniósł głos. — Też mogłabyś tak zrobić!
— Ja nie dam rady — pośpiesznie uprzedziła. — Nie mam takiej silnej woli, żeby w takim upale zakładać na siebie ciepłe ubrania.
— Dobra, przestań już marudzić, bo się spóźnimy — uciął temat, złapał za torbę i mocno ją szarpnął.

Na szczęście uszy były bardzo solidne i choć przez całą podróż wielokrotnie narażano je na szarpanie, pociąganie, wleczenie czy targanie, dzielnie stawiły opór barbarzyńcy.
Kiedy wreszcie dotarli na pole namiotowe, słońce było w zenicie. Zanim zaczęli rozkładać namiot, usiedli nieopodal molo i zajadając kanapki, podziwiali sielski krajobraz. Przenikliwy błękit nieba zdawał się łączyć i w pewnym miejscu zlewać ze szmaragdowym kolorem wody. Śmiech kąpiących się urlopowiczów jednoznacznie wskazywał na to, że jest to idealne miejsce na relaks.

Posileni, dziarsko ruszyli do konstruowania swej tymczasowej siedziby. Ponieważ niesforne drzewa zdążyły zrzucić na wybrany przez nich plac kilka kłujących szyszek, musieli je najpierw uprzątnąć. Kolejny punkt instrukcji wydanej przez Piotra, najwidoczniej zagorzałego miłośnika pól namiotowych, odnosił się do kwestii rozłożenia namiotu i starannego przymocowania go śledziami do podłoża. Cóż robić, jeśli śledzi brak, a sklep rybny nie wchodzi w rachubę?
— Nie mam pojęcia, co się stało z tymi śledziami! — zachodził w głowę, nerwowo drepcząc wokół rozłożonego na ziemi namiotu. — Jestem pewien, że były w worku.
— A może masz omamy? — próbowała zażartować, ale widząc reakcję Piotra, ucichła.
— Uduszę go! — krzyczał, kopiąc pusty worek. — Uduszę, gnoja!
Odsunęła się na bezpieczną odległość, obserwując rozwój sytuacji. Chłopak dyszał ze zdenerwowania, a na jego twarzy i na szyi dostrzegła czerwone plamy, które z każdą chwilą nabierały większej wyrazistości. Nerwowo przegarniał włosy, które, pozostawione w nieładzie, zakrywały mu oczy. Dopiero po kilku minutach zdołał ochłonąć.
— Paweł ostatnio brał namiot, bo jechał gdzieś z kumplami — wyjaśnił zrezygnowanym głosem. — A ja nie sprawdziłem, czy niczego nie brakuje.
— Nieźle zakręcony ten twój brat. — Starała się rozluźnić atmosferę, choć wcale nie było jej do śmiechu.
— Idiota nie włożył śledzi z powrotem do worka — gorączkował się. — Jak zwykle ma ważniejsze sprawy na głowie! Następnym razem takiego dostanie — dodał, pokazując niewybredny gest.

Sytuacja była nieciekawa. Nie mogli rozstawić namiotu, a za chwilę pewnie będzie się ściemniać. Jedyne, co im zostało, to zebrać swoje rzeczy i wrócić do domu. Pozostała jeszcze kwestia pieniędzy za pole namiotowe.

Kiedy poszli do właściciela placu i opowiedzieli, co ich spotkało, omal nie spadł z krzesła.
— Że niby czego wam brakuje? — pytał, trzymając się za duży brzuch, który podskakiwał za każdym razem, gdy jego właściciel zaczynał się śmiać. — Śledzi? — dopytywał, rechocząc. — A nie wystarczy okoń albo płotka? Bez problemu mogę coś skombinować.
Gdy w końcu zreflektował się, że jego dowcip tylko rozsierdził coraz bardziej zdenerwowaną parę, podniósł się z krzesła i podszedł do starej drewnianej szafy. A kiedy odwrócił się do nich, w ręku trzymał pięć metalowych haków, które w tej chwili były na wagę złota.
— Więcej nie mam. — Podał je Piotrowi.
— Damy radę. — Uśmiechnął się i wziął podarunek.
— Jak zgubisz, to za każdy policzę ci dychę — poinformował tonem rasowego biznesmena. — Stoi? — Wyciągnął dłoń, by przypieczętować transakcję.

Piotr kiwnął głową. Nie omieszkał też wypożyczyć wędek. Zabrał rzeczy i z powrotem poczłapali w stronę miejsca, w którym uprzednio próbowali rozbić namiot. Teraz jego rozstawianie poszło jak z płatka. Około dwudziestej drugiej Piotr zacierał ręce i z błyskiem w oku podziwiał swoje dzieło. Pozostało już tylko rozłożyć śpiwór. I tu właśnie pojawiła się kolejna komplikacja, o której wcześniej chłopak nie pomyślał. Zabrał ze sobą tylko jeden, bo więcej nie miał, ale on wcale nie był dwuosobowy. Przez chwilę niczym automat odgarniał włosy z czoła, gorączkowo szukając wyjścia z sytuacji. Kamila patrzyła na jego konsternację i uśmiechała się z politowaniem.
— Jakiś problemik? — zapytała przekornie.
— W zasadzie to nie — odpowiedział i zaczął ustawiać buty przed namiotem. — Mogę spać na ziemi, a przykryję się kurtką.
— Nie żartuj! — Uśmiechnęła się z przekąsem. — Co ty byś zrobił beze mnie? — zastanawiała się na głos. — Ja jestem przygotowana na każdą ewentualność. — Mrugnęła do niego.
— Tak? — Przygryzł wargi. — To znaczy na co?
— Wszystko to wszystko — stwierdziła i zaczęła rozpakowywać swoją torbę. — Otóż to! — obwieściła i w triumfalnym geście podniosła niewielki pakunek. — Może i mały, ale jest.
— Śpiwór? — Piotr aż przekrzywił głowę, by lepiej widzieć. — Jesteś niesamowita!
— I nie zapominaj o tym — skwitowała, rozkładając swoje posłanie.

Później rzuciła na nie jeszcze niewielką poduszkę, którą też udało jej się przemycić w torbie. On w tym czasie poszedł zarzucić wędkę. Chwilę to trwało. A może chwilę dłużej. Kamila straciła rachubę czasu, moszcząc ich tymczasowe posłanie i skrzętnie upychając do namiotu wszystkie zabrane z domu rzeczy.
— A co z kolacją? — zapytała, gdy wreszcie wrócił. — Mam jeszcze kanapki — zachęcała, wyjmując kolejną porcję prowiantu.
— Jedyne, na co mam teraz ochotę, to ty. — Przyciągnął ją do siebie i mocno wpił się w jej usta, pozbawiając ją tym samym oddechu.
Kiedy po chwili udało się jej oswobodzić, zaczerpnęła potężny haust powietrza.
— Nie uduś mnie — protestowała, choć niezbyt przekonująco.
— Mam zupełnie inne plany. — Uśmiechnął się wymownie i pociągnął ją do namiotu.

Zgrzyt zamka błyskawicznego od namiotu obwieścił, że właśnie jest zasuwany. Po chwili kolejny zgrzyt, ale tym razem odsuwanego zamka błyskawicznego w bluzie, którą Kamila zdążyła założyć wieczorem. Gdy wreszcie udało się jej z niej wyplątać, wciąż się całowali. Jego ręce błądziły po jej plecach, udach i piersiach, odnajdując tam kolejne strategiczne punkty, które wprawiały jej ciało w drżenie. Powoli zdjął z niej spodnie i koszulkę. Została w samej bieliźnie. Położył ją na miękkim śpiworze, ale gdy tylko dotknęła podłoża, niemal natychmiast podskoczyła.
— Co jest? — zaniepokoił się.
— O cholera! Coś mi się wbija w plecy — odpowiedziała i dłońmi zaczęła przeszukiwać śpiwór. — Mam! — wykrzyknęła, podając mu jego własny zegarek, który najwidoczniej rozpiął się i spadł.
Kiedy sytuacja była opanowana, wrócili do momentu, w którym przerwali. Pomału zsuwał z jej ramion ramiączka biustonosza. Delektował się dotykiem jej miękkiej skóry. Kamila nie pozostała bierna. Co i rusz zdejmowała z niego kolejne fragmenty odzieży i niedbale rzucała je za siebie.
Po krótkiej chwili uniósł się na łokciach i powiedział:
— Kocham cię.
Nie odpowiedziała, tylko objęła jego twarz i mocno go pocałowała, jakby to miało
zrekompensować brak słów. Drżenia rąk, pachnący miętą oddech, ciepło rozlewające się gdzieś w okolicach podbrzusza, taniec myśli, głośne westchnienia, ciche szepty…
Kiedy była bliska spełnienia, poczuła, że Piotr nagle się wyprostował i nasłuchuje. Spojrzała w tamtą stronę. Oprócz zielonych ścian namiotu niczego interesującego nie dostrzegła.
— Ciii — szepnął, a po chwili już naciągał spodnie.
— O co chodzi? — spytała, zupełnie zbita z tropu. — Coś się stało?
Jedyne, co teraz przychodziło jej do głowy, to podejrzenie, że pewnie ktoś kradł ich buty stojące tuż za namiotem.
— Złodziej? — spytała cicho, zarzucając na siebie bluzę.
— Dzwonek — wyjaśnił, również szeptem, i wyszedł na zewnątrz.
— Dzwonek? — powtórzyła i powoli wyjrzała z namiotu.

Wszędzie panował mrok. Z drugiej części kempingu dochodziły odgłosy wieczornych rozmów. Ustawiona nieopodal latarnia rzucała dostateczną ilość światła, aby dostrzec, że nikt nie kręcił się wokół namiotu, a buty jak stały, tak stoją. Dopiero po chwili spostrzegła Piotra, który nachylił się nad wędką i spróbował ją poderwać do góry. Patrzyła z zainteresowaniem, a gdy manipulacje przy sprzęcie wędkarskim niebezpiecznie długo się przeciągały, wreszcie włożyła buty i pomaszerowała do chłopaka, który najwyraźniej coś ściskał w dłoniach.
— Co robisz? — spytała, stając obok niego.
— Złowiłem rybę. — Pokazał jej swą zdobycz.
— I co z tego? — Usiłowała pojąć absurd tej sytuacji, która z intymnej zmieniła się w rybią.
— Było branie. Słyszałem dzwonek — wyjaśnił z miną niewiniątka. — Musiałem przyjść, bo by się żyłka zerwała.


Przez chwilę patrzyła na niego okrągłymi ze zdziwienia oczyma. Dzwonek? Branie? Ryba? Po tym pokrętnym tłumaczeniu, straciła wszelkie chęci do dalszej dyskusji. Bez słowa wróciła do namiotu, w ubraniu zakopała się we własnym śpiworze i usiłowała zasnąć. Ostatnia myśl, jaka tego dnia przyszła jej do głowy, nie napawała optymizmem. Przegrała z oślizgłą, zimną rybą.

niedziela, 9 lipca 2017

LATEM O "UPALE" M. CISZEWSKIEGO

"Upał" to po "Mrozie" (moja opinia tutaj) druga powieść Marcina Ciszewskiego jaką przeczytałam i tym razem także  jestem zachwycona.


Autor świetnie nakreślił akcję, która wydaje się być realna do bólu (nawet pytałam męża, czy mecz Polska - Niemcy odbył się naprawdę w czasie ME). Bohaterowie z krwi i kości. Oczywiście bohaterscy policjanci mają wręcz nadprzyrodzoną umiejętność wyczuwania wszelkich kłopotów na kilometr, ale mnie to nie przeszkadza i sprawiło, że pochłonęłam książkę jednym tchem. 

W ogóle lubię czytać kontynuację, bo wtedy nie muszę budować nowego obrazu postaci, a jedynie go uzupełniać. W tym przypadku obok znanych postaci pojawiły się nowe, co jeszcze bardziej rozbudziło moją ciekawość. 


Niezmiennie zachwycił mnie język. Krótkie zdania w ciekawy i jasny sposób opisują rzeczywistość. Naprawdę nie potrzeba więcej.

Czytając tę powieść, jedynie utwierdziłam się w przekonaniu, że sama nigdy nie napiszę powieści sensacyjnej. Dlaczego? Bo ten gatunek wymaga ogromnej wiedzy operacyjnej, niuansów z zakresu informatyki czy pirotechniki. Uwielbiam o tym czytać, ale kompletnie się na tym nie znam, więc lepiej pozostawić to fachowcom...

niedziela, 2 lipca 2017

BRAK WENY TWÓRCZEJ?

Jakkolwiek źle to nie zabrzmi, to muszę to powiedzieć głośno! Nie mam takiego stanu, jakim jest brak weny. 

Wena to przede wszystkim jasny umysł i chęć wysiłku intelektualnego. W moim przypadku jest tak, że albo mam siłę i jak to nazywam – wolną głowę do pisania, albo w ogóle nie siadam do laptopa, tylko idę się położyć do łóżka, ewentualnie poczytać książkę. Nie wyobrażam sobie, by tracić czas, siedząc i wpatrując się w pusty monitor, może jeszcze denerwować się przy tym na siebie i na otoczenie, bo coś mi nie idzie. Życie jest dostatecznie skomplikowane, dlatego nie trzeba komplikować go jeszcze bardziej. Lepiej zrobić coś innego. 

Przestałam walczyć ze swoim organizmem. To on mi mówi, co będzie dla mnie najlepsze, a ja po prostu tego słucham.